|
Marian Biernacki
Czy zastanawiasz się czasem, po co nam dziś potrzebna posługa proroków i kaznodziejów Słowa Bożego? Jak rolę tacy ludzie mają do spełnienia w naszych czasach? Czyż każdy chrześcijanin nie ma bezpośredniego dostępu do Słowa Bożego?
Czyż Duch Święty nie prowadzi jednakowo nas wszystkich i nie może objawiać woli Bożej każdemu chrześcijaninowi bez jakiegokolwiek pośrednictwa? Jakie znaczenie mają dzisiaj wezwania typu: "Bądźcie posłuszni przewodnikom waszym i bądźcie im ulegli; oni to bowiem czuwają nad duszami waszymi i zdadzą z tego sprawę" [Hbr 13,17]. Czy słowa twojego pastora lub jakiegoś innego kaznodziei zobowiązują cię do czegokolwiek? Czyż stojący za kazalnicą mówca nie jest zwykłym, omylnym człowiekiem? Dlaczego jego słowa miałyby być jakoś szczególnie respektowane? Czy niedzielne nabożeństwo zborowe – to prawdziwe spotkanie ludu Bożego z Jezusem Chrystusem, czy też może to tylko taka sobie ceremonia religijna, służąca zaspokajaniu ambicji jednych, a uspokajaniu sumienia drugich? Czy naprawdę stoimy przed Panem, czy tylko bawimy się w kościół?
Jeśli kazania to zwykłe, ludzkie słowa – to po co w ogóle mielibyśmy ich słuchać? Jeśli jednak słowa kaznodziei, to naprawdę głos Boży – to jakże śmielibyśmy się nimi nie przejmować?
Poświęćmy tym zagadnieniom naszą dzisiejszą uwagę i uczciwie zastanówmy się nad naszym stosunkiem do służby Słowa.
Ażeby dobrze odpowiedzieć na powyższe pytania, trzeba nam sięgnąć niejako do genezy posługi Słowa.
W Księdze Wyjścia znajdujemy scenę biblijną, kiedy to Bóg chciał przemawiać do całego ludu jednocześnie i bezpośrednio. Wezwał synów Izraela do stóp góry Synaj, aby nadać im prawo. "Trzeciego dnia, z nastaniem poranku, pojawiły się grzmoty i błyskawice, i gęsty obłok nad górą, i doniosły głos trąby, tak że zadrżał cały lud, który był w obozie. Mojżesz wyprowadził z obozu lud naprzeciw Boga, a oni ustawili się u stóp góry. A góra Synaj cała dymiła, gdyż Pan zstąpił na nią w ogniu. Jej dym unosił się jak dym z pieca, a cała góra trzęsła się bardzo" [2Mo 19,16-18].
Wprawdzie było to czymś ekscytującym, że wszyscy mogli mieć tak bezpośredni kontakt z Bogiem, ale było to również czymś bardzo niebezpiecznym i mało komfortowym. Nie dość, że już na kilka dni przed tym wydarzeniem musieli starannie dopełnić wszystkich wymogów czystości, to gdy Bóg zaczął przemawiać, ta bliskość Najwyższego okazała się bardzo stresująca, tak że wszyscy drżeli ze strachu. To było dla ludu naprawdę zbyt wielkim ciężarem. Wtedy w szeregach izraelskich zrodził się następujący pomysł. "A gdy wszystek lud zauważył grzmoty i błyskawice, i głos trąby, i górę dymiącą, zląkł się lud i zadrżał, i stanął z daleka i rzekli do Mojżesza: Mów ty z nami, a będziemy słuchali; a niech nie przemawia do nas Bóg, abyśmy nie pomarli" [2Mo 20,18–19].
Jakże bliskie jest takie myślenie niejednemu z nas. Chcemy wiedzieć, co mówi Pan, ale jakąż cenę trzeba zapłacić, aby Go usłyszeć? Jak rozpoznać głos Boży? Jak go odróżnić od własnych myśli? Wolelibyśmy nie brać na siebie tego ciężaru odpowiedzialności za rozpoznawanie woli Bożej.
Byłoby lepiej, żeby jakiś sługa Boży przyniósł nam poselstwo od Pana, żeby nam wyłuszczył prawdę biblijną, żeby pomógł nam zastosować Słowo Boże do naszego życia.
Czy jest coś złego w takiej postawie? Czy Bóg zganił Izraelitów za takie podejście do sprawy?
Oto jak Mojżesz wiele lat później zrelacjonował tę prośbę ludu i Bożą odpowiedź: "A gdy usłyszeliście ten głos spośród ciemności, a góra płonęła ogniem, zbliżyliście się do mnie, wszyscy naczelnicy plemion i starsi i rzekliście: Oto Pan, nasz Bóg, ukazał nam swoją chwałę i wielkość. Słyszeliśmy też jego głos spośród ognia. Dzisiaj widzieliśmy, że Bóg przemawia do człowieka i on żyje. Dlaczego więc teraz mamy umrzeć? Pochłonie nas bowiem ten wielki ogień! Jeżeli nadal będziemy słuchać głosu Pana, naszego Boga, pomrzemy! Któż bowiem ze śmiertelnych, kto słyszał głos żywego Boga, przemawiającego spośród ognia, tak jak my, zachował życie? Raczej ty się zbliż i wysłuchaj wszystkiego, co powie Pan, nasz Bóg, i ty powiesz nam wszystko, co Pan, nasz Bóg, powie do ciebie, a posłuchamy i wykonamy to. I wysłuchał Pan głosu waszych słów do mnie, i rzekł Pan do mnie: Słyszałem głos słów tego ludu, które mówili do ciebie, i dobre było to, co mówili" [5Mo 5,23-28].
Jak widać, Bóg nie zganił i nie potępił dzieci Izraela za to, że nie chcieli odbierać Słowa Bożego bezpośrednio z ust Bożych, tylko za pośrednictwem Mojżesza. Wprost przeciwnie, w oczach Pana słuszne było to, co mówili. W ten oto sposób, niejako na prośbę ludu, zrodziła się posługa Słowa Bożego.
Pierwszym prorokiem i zwiastunem Słowa Bożego według tej formuły był Mojżesz. Bóg przemawiał do niego na osobności, a potem Mojżesz przekazywał Słowo Boże wszystkim Izraelitom.
Pomyślałby ktoś może, że tak praktykowany przekaz Słowa skończy się z chwilą śmierci Mojżesza. Otóż nie. Ten sposób objawiania i przekazywania woli Bożej miał pozostać na stałe. Pod koniec swego życia Mojżesz z natchnienia Bożego zapowiedział: "Proroka takiego jak ja jestem, wzbudzi ci Pan, Bóg twój, spośród ciebie, spośród twoich braci. Jego słuchać będziecie. Według tego, jak prosiłeś Pana, Boga twego, na Horebie, w dniu zgromadzenia, mówiąc: Nie chciałbym już słyszeć głosu Pana, Boga swego, i patrzeć nadal na ten wielki ogień, abym nie zginął, Pan rzekł do mnie: Słusznie powiedzieli. Wzbudzę im proroka spośród ich braci, takiego jak ty. Włożę moje słowa w jego usta i będzie mówił do nich wszystko, co mu rozkażę" [5Mo 18,15–18].
Rzeczywiście. Po śmierci Mojżesza Bóg zaczął wzbudzać w Izraelu kolejnych proroków, wodzów i przywódców, do których przemawiał, a oni mieli obowiązek przekazywania Słowa Bożego całemu ludowi.
Bóg zobowiązał też synów Izraela do poważnego traktowania słów posłańców Bożych. Właśnie w tym kryje się słaby punkt tego rozwiązania.
Gdy przemawia człowiek, zwłaszcza bliżej znany słuchaczom, to bardzo łatwo może dojść do zlekceważenia jego słów. Problem ten poruszył Jezus na okoliczność swojej służby w Nazarecie: "Nigdzie prorok nie jest pozbawiony czci, chyba tylko w ojczyźnie swojej i pośród krewnych swoich, i w domu swoim" [Mk 6,4].
Dlatego Bóg, gdy zgodził się, że będzie mówił do ludu przez ludzi, od razu zwrócił na to uwagę. "Oby ich serce było takie, aby się mnie bali i przestrzegali wszystkich moich przykazań po wszystkie dni, aby im i ich synom dobrze się powodziło na wieki" [5Mo 5,29].
Owszem, Izraelici zostali wysłuchani, ale otrzymali nakaz respektowania słów posłańca Bożego, tak jakby to sam Bóg bezpośrednio je wypowiadał.
W przypadku zlekceważenia mowy proroka, należało się liczyć z określonymi konsekwencjami. "Jeśli więc kto nie usłucha moich słów, które on mówić będzie w moim imieniu, to Ja będę tego dochodził na nim" [5Mo 18,19].
Zobaczcie. Prorok nie musiał się troszczyć o posłuch wśród ludzi dla przekazywanego przez siebie poselstwa od Pana. Sam Bóg tym się zajmował. Nie można już było, nawet wtedy gdy któryś prorok ludowi się nie spodobał, zlekceważyć jego słów, odwrócić się i odejść, nie ponosząc żadnych konsekwencji.
Powtórzmy. Wcześniej Bóg bezpośrednio sam przemawiał do poszczególnych osób, albo do całego zgromadzenia. Wtedy było oczywiste, że głosu Bożego nie wolno lekceważyć. Począwszy od Mojżesza, rola zwiastuna Słowa Bożego przeszła na wybranych i powołanych przez Boga proroków. Jednak nic się nie zmieniło, jeżeli chodzi o rangę i autorytet Słowa Bożego. Ludzie mieli obowiązek respektowania słów proroka, tak jak by przemawiał do nich sam Pan!
Podobną rangę nadał też Bóg wypowiedziom kapłanów, lewitów i sędziów, którzy mieli w imieniu Pana orzekać w różnych sprawach i ogłaszać ludowi wolę Bożą. "Jeśliby za trudno było dla ciebie rozsądzić sprawy dotyczące przelania krwi, roszczeń majątkowych i obrażeń cielesnych jako sprawy sporne prowadzone w twoich miastach, to wstaniesz i pójdziesz do miejsca, które wybierze Pan, Bóg twój, i przyjdziesz do kapłanów, Lewitów i do sędziego, który będzie wtedy urzędował, i zapytasz się, a oni ogłoszą ci wyrok zgodnie z prawem, a ty postąpisz zgodnie z wyrokiem, jaki ci ogłoszą z miejsca, które wybrał Pan, i starannie wykonasz wszystko tak, jak cię pouczą.
Postąpisz zgodnie z pouczeniem, jak cię pouczą, i zgodnie z prawem, jak oni orzekną. Nie odstąpisz od wyroku, jaki ci oznajmili, ani w prawo, ani w lewo. A jeśli ktoś w zuchwalstwie swoim nie usłucha kapłana, będącego tam na służbie u Pana, Boga twego, lub sędziego, to ten człowiek poniesie śmierć, i wyplenisz to zło z Izraela. I usłyszy o tym cały lud, i będzie się bał, i już zuchwale nie postąpi"[5Mo 17,8–13].
Zwróćmy uwagę, że dopóki dany człowiek nie usłyszał werdyktu kapłana lub sędziego, mógł postępować, jak mu się podobało. Jednak z chwilą otrzymania z ust sługi Bożego konkretnego polecenia, nie mógł już postąpić inaczej, jak tylko, niczym samemu Bogu, okazując mu posłuszeństwo.
Nietrudno wyobrazić sobie rozmaite sytuacje, kiedy to werdykt sługi Bożego nie był pomyślny dla człowieka, który zwracał się z prośbą o rozstrzygnięcie spornej sprawy. Normalne, że wnioskodawca spodziewa się rozwiązania, które byłoby korzystne dla niego. Jednak Bóg nie podlega żadnym naciskom ani układom. Bóg nie ma względu na osoby. Jego ocena sprawy jest zawsze obiektywna, a werdykt zawsze sprawiedliwy.
Nieraz więc bywało tak, że jakiś człowiek przekonany o słuszności swojej sprawy, słyszał, że powinien odstąpić od swoich roszczeń. Innymi słowy – przegrywał. Gdy więc jego sprawa, z punktu widzenia jego interesów, przybierała "zły" obrót, naturalnym odruchem mogło być wycofanie się z takiego sądu, który nie zechciał rozstrzygnąć sprawy na jego korzyść. Ale uwaga, on już nie mógł tak zrobić! Nie mógł zbagatelizować słów kapłana i postąpić po swojemu. Musiał zachowywać się zgodnie z pouczeniem kapłana, choćby nie wiem jak było mu to nie na rękę.
Czy rozmiecie, o czym tu mówimy? "A jeśli ktoś w zuchwalstwie swoim nie usłucha kapłana, będącego tam na służbie u Pana, Boga twego, lub sędziego, to ten człowiek poniesie śmierć, i wyplenisz to zło z Izraela". Słowa sędziego i kapłana będącego na służbie u Pana, obowiązywały niczym słowa samego Boga! Zlekceważenie ich groziło śmiercią.
Oczywiście, ten respekt dla słów proroka lub innego sługi Bożego miał swoje granice. Żaden powołany sługa Boży nie stawał się przecież nieomylny. Służba posłańców Bożych jak najbardziej podlegała weryfikacji. Zuchwalstwo ludzkie nie ma granic. Mogło wystąpić po stronie słuchacza Słowa Bożego, ale także mogło się zrodzić w sercu proroka. Należało to rozpoznać. "A jeśli powiesz w swoim sercu: Po czym poznamy słowo, którego Pan nie wypowiedział? Jeżeli słowo, które wypowiedział prorok nie w imieniu Pana, nie spełni się i nie nastąpi, jest ono słowem, którego Pan nie wypowiedział, lecz w zuchwalstwie wypowiedział je prorok; więc nie bój się go" [5Mo 18,21-22].
Izraelici otrzymali prostą instrukcję pozwalającą odróżnić prawdziwych proroków Pana od rozmaitych głosicieli samozwańczych. Nie trzeba się było bać słów człowieka, który nie głosił Słowa Bożego, tylko swoje własne poglądy. Nie musimy i dziś obawiać się słów i klątwy rzucanej na nas przez ludzi, którzy tak naprawdę wcale nie reprezentują Boga.
W takim przypadku, to nie słuchacze powinni się bać, tylko mówca. "Wszakże prorok, który ośmieli się mówić w moim imieniu słowo, którego mu nie nakazałem mówić, albo który będzie przemawiał w imieniu innych bogów, taki prorok poniesie śmierć" [5Mo 18,20]. Jest tu mowa o odpowiedzialności proroków stających przed ludem. Nie może być mowy o głoszeniu czegokolwiek innego, jak tylko Słowa Bożego.
Tyle o służbie Słowa w okresie Starego Testamentu. A jak wygląda ta sprawa w czasach Nowego Przymierza? Przecież teraz każdy prawdziwy chrześcijanin jest napełniony Duchem Świętym i nie potrzebuje, żeby ktoś go pouczał [Zob. 1Jn 2,27].
Nowocześnie myśląc i obserwując zachodzące wokoło nas zmiany, moglibyśmy nawet wyciągnąć wniosek, że kaznodziejstwo nie jest nam już potrzebne. Owszem, było konieczne w pierwszym wieku Chrześcijaństwa, gdy jeszcze nie było ustalonego kanonu ksiąg Nowego Testamentu. Było też ważne w okresie Średniowiecza, gdy tak wielu ludzi nie potrafiło czytać Słowa Bożego i trzeba było im to Słowo głosić. Ale teraz? Po co nam kaznodziejstwo?
Posłuchajcie. Owszem, zmieniły się czasy, ale nie ludzie. Możemy mieć dostęp do wszystkiego, ale nie wszystko jednakowo ma dostęp do naszych serc. Jesteśmy tak bardzo zajęci rozmaitą działalnością, że nie mamy czasu na to, by wsłuchać się w głos Ducha Świętego. Już w pierwszych latach, jeśli nie miesiącach, życia Kościoła, apostołowie, otoczeni przecież ludźmi pełnymi Ducha Świętego, zauważyli, że dzieje się z nimi coś złego. Zagrożona została posługa Słowa. "Nie jest rzeczą słuszną, żebyśmy zaniedbali słowo Boże, a usługiwali przy stołach. Upatrzcie tedy, bracia, spośród siebie siedmiu mężów, cieszących się zaufaniem, pełnych Ducha Świętego i mądrości, a ustanowimy ich, aby się zajęli tą sprawą; my zaś pilnować będziemy modlitwy i służby Słowa" [Dz 6,2-4].
Bóg powołał w Kościele braci do szczególnej posługi. Ich zadaniem jest głosić Słowo Boże! "I On ustanowił jednych apostołami, drugich prorokami, innych ewangelistami, a innych pasterzami i nauczycielami, aby przygotować świętych do dzieła posługiwania, do budowania ciała Chrystusowego, aż dojdziemy wszyscy do jedności wiary i poznania Syna Bożego, do męskiej doskonałości, i dorośniemy do wymiarów pełni Chrystusowej, abyśmy już nie byli dziećmi, miotanymi i unoszonymi lada wiatrem nauki przez oszustwo ludzkie i przez podstęp, prowadzący na bezdroża błędu, lecz abyśmy, będąc szczerymi w miłości, wzrastali pod każdym względem w niego, który jest Głową, w Chrystusa" [Ef 4,11-15].
Słudzy Słowa Bożego nadal mają pełne ręce roboty! Jak powinniśmy ich traktować? Jeżeli naprawdę wierzymy w Jezusa Chrystusa, to nie wolno nam lekceważyć tego, co głoszą. Winniśmy respektować ich służbę i odnosić się do niej z szacunkiem. Mało tego, winniśmy tę służbę wspierać. "Starszym, którzy dobrze swój urząd sprawują, należy oddawać podwójną cześć, zwłaszcza tym, którzy podjęli się zwiastowania Słowa i nauczania" [1Tm 5,17].
Spójrzmy na to praktycznie. Oto macie w swoim gronie brata, którego Bóg używa w służbie kaznodziejskiej. Częściej lub rzadziej staje on przed zborem i wygłasza kazanie Słowa Bożego. Jak go traktujecie? Czy macie świadomość znaczenia służby, którą pełni wśród was?
Kiedy zamilkł ostatni prorok w Izraelu i nastał tzw. czas milczenia – dopiero wówczas wielu Żydów zrozumiało, czym była możliwość słuchania poselstwa z ust proroka Bożego.
Służba Słowa ma wielka wartość dla zboru. Wewnętrzny człowiek potrzebuje pokarmu Słowa Bożego. Wiara jest ze słuchania, a słuchanie przez Słowo Chrystusowe. Zbór nie zostanie nakarmiony duchowo, jeśli brak w nim posługi Słowa. Mogą być piękne pieśni i wiele rozmaitych atrakcji podczas każdego nabożeństwa. Mogą funkcjonować wspaniałe programy społeczne. Jednak to nie zastąpi służby kaznodziejskiej. Jak inaczej ludzie mają naprawdę uwierzyć w Jezusa Chrystusa, jak mogą wzrosnąć w wierze, jeśli nie ma tego, kto zwiastuje Słowo Boże?
Jak więc odnosić się do służby kaznodziejskiej w zborze? Należy cenić ją i respektować! Starać się odciążać kaznodzieję od innych obowiązków. Stwarzać mu możliwości i przestrzeń do rozwoju w służbie. Pomóc w wygospodarowaniu czasu na osobiste rekolekcje. Prawdziwy sługa Boży nie marnuje czasu. Musi go jednak mieć pod dostatkiem na wsłuchiwanie się w to, co mówi Pan. Nie może zajmować się setką różnych spraw i zaraz potem stawać za kazalnicą. Potrzebuje wolnego czasu, by czytać, modlić się, rozmyślać.
Jeśli ma ten przywilej, że nie pracuje zawodowo, nie docinajcie mu, że ma dobrze, bo nie musi pracować. Jeśli natomiast widzicie, że większość czasu poświęca na zarabianie pieniędzy, to rozmawiajcie z nim i zachęcajcie, aby skoncentrował swoją uwagę na Królestwie Bożym. Zaproponujcie mu jakąś formę wsparcia, aby mógł oddać się posłudze Słowa. Taka jest wasza powinność względem waszego kaznodziei. Apostoł Paweł napisał do zboru Koryntian: "Jeżeli my dla was dobra duchowe posialiśmy, to cóż wielkiego, jeżeli wasze ziemskie dobra żąć będziemy?" [1Ko 9,11]. "A ten, którego się naucza Słowa Bożego, niechaj się dzieli wszelkim dobrem z tym, który naucza" [Ga 6,6].
Przemyślcie, proszę, to jak traktujecie kaznodziejów Słowa Bożego. Nie mówię o tych wielkich, z daleka, ale o tych swoich, o tych, których Bóg ustanowił pośród was!
Kiedy ostatnio zrobiliście coś praktycznego, aby wesprzeć ich służbę? Jak często i jak serdecznie modlicie się do Pana o kaznodziejów w zborze? Czy błogosławicie ich, czy im zazdrościcie? Czy interesowaliście się, jakie mają warunki do duchowego rozwoju? Czy wpadliście kiedyś na pomysł, aby kupić mu jakąś pomocną książkę lub słownik? A może od lat nie stać go na zakup nowych butów lub garnituru?
Znam pastorów, których uposażenie i wyposażenie do służby pozostaje nie zmienione od lat, a służą wśród wierzących, którzy niemal każdego miesiąca cieszą się jakimiś nowościami.
Znam pastorów, wiernie pilnujących modlitwy i służby Słowa, którzy od lat nie usłyszeli dobrego słowa od zborowników, wciąż zachwycających się kaznodziejami zza oceanu.
Znam zbory, w których bracia usługujący Słowem Bożym są poddawani ustawicznej, złośliwej krytyce, przy niejednym stole są obmawiani, poniewierani i lekceważeni w obecności dzieci i niewierzących .
Znam wierzących, którzy w zuchwalstwie swoim ignorują słowa kaznodziejów Słowa Bożego. Najpierw przychodzą, proszą o radę, a kiedy się okazuje, że posługa brata nie jest po ich myśli, wówczas depczą owego brata i wyśmiewają jego służbę.
Bycie prorokiem we własnym domu i zborze – to często gorzki kawałek chleba. Niektórzy nie wytrzymują tego napięcia. Wciąż na nowo tu i ówdzie słyszymy o rezygnacji pastorów i kaznodziejów ze służby. Padają wyczerpani staraniem o trzodę i wyniszczeni kąsaniem wilków. Tym bardziej to przykre, gdy dla części zborowników ich upadek staje się niczym więcej, jak tylko "wdzięcznym" tematem plotkarskich spotkań. Kaznodzieja Słowa Bożego – to dar dla zboru. Jako sługa Boży ma on wielką odpowiedzialność przed Bogiem za powierzoną mu służbę. Ale jako zbór także macie odpowiedzialność przed Bogiem w stosunku do swego kaznodziei.
Szanujcie takich braci! Słuchajcie uważnie tego, co Bóg ich ustami mówi do zboru. Wtedy być może w niektórych kręgach przestaniecie być mile widziani, ale na pewno zyskacie upodobanie w oczach Pana!
(Luty 2006) |